Rodzice często pytają mnie, jak postępować ze swoimi dziećmi. Przywołują konkretne sytuacja, a ja udzielam odpowiedzi. Zdarza się, że Ci sami rodzice dzwonią kilkakrotnie. Zastanawiałam się, co mogło by im pomóc w tym, by sami na swoje pytania potrafili odpowiadać, szukałam jednego uniwersalnego środka.

Wymyśliłam ten poradnik. To nie konkretne wskazówki, wyszukane komendy, rozpisane schematy zachowań. Mam wrażenie, że nie jest to efektywny sposób pomocy. Trzeba się tego uczyć niemal na pamięć, dużo, a w rezultacie powstają zachowania sztuczne, które pozbawione autentyczność, stają się nie efektywne.

Moim zdaniem, nie o zachowania, sformułowania tu chodzi, ale o sposób myślenia. Wierzę, że jak się nauczymy trochę inaczej myśleć o naszym rodzicielstwie, o naszych dzieciach i troszkę o nas samych, efektywne działania same przyjdą. Co więcej, będą dopasowane do nas, naszych dzieci, konkretnych sytuacji. Dzięki temu będą „nasze”, będą wiarygodne, będzie nam łatwiej je stosować i będą bardziej uniwersalne.

Ale to moje zdanie, nie muszą go Państwo podzielać, jedyne do czego namawiam to przyjrzenie się temu o czym napiszę, przemyślenie i … pójścia własną drogą.

Proponuję zacząć od przygotowania się. Dla chętnych wprowadziłam ćwiczenia, innym może wystarczą spisane w punktach wskazówki.

 

1. Pierwszy krok to chwila refleksji nad tym„kim dla mnie jest moje dziecko”?

Ćwiczenie: proponuję usiąść wygodnie i w spokoju pomyśleć nad odpowiedzią, wziąć kartkę i … pisać, rysować, malować, kleić … (cokolwiek, ważne by oprócz myślenia pojawiła się jeszcze jakaś czynność, która to myślenie przeniesie do świata rzeczy – tego, co dotykalne). Czasami taka czynność pomaga  skonkretyzować myśli, zobaczyć je, ułożyć w pewną całość. Przyjrzyjmy się temu co stworzyliśmy i skonfrontujmy z tym, co piszę dalej.

Postrzegaj swoje dziecko jako odrębną osobę. To bardzo trudne. W końcu jesteśmy rodzicami, my dziecko powołaliśmy na świat, ma nasze geny, często jest podobne z wyglądu, czasem z charakteru.Wydaje się naszą częścią, własnością. Niestety, myślenie o dziecku jak o cząstce samego siebie może być zwodnicze. Dziecko, żeby mogło rozkwitnąć musi stać się sobą, musi szukać własnych dróg, musi poznawać własne preferencje. Przytoczę tutaj dwa typy sytuacji, w których ten brak oddzielenia jest najlepiej widoczny:

  • pierwszy typ to sytuacje kiedy wydaje nam się, że nasze dzieci odczuwają tak samo jak my. Np. mama nie potrafi się skupić przy głośnej muzyce więc myśli, że to cecha wszystkich ludzi, podczas gdy jej córce, wręcz przeciwnie, głośna muzyka pomaga.Lub: mama marznie przy 19 stopniach w pokoju, a dla syna to optymalna temperatura, by po mieszkaniu chodzić na bosaka. Inny przykład: rodzice uwielbiają weekendy poza miastem, a ich dzieci chętniej zostałyby rodzinnie w domu. I przykład z ostatnich wakacji: mama na plaży chętnie by coś przegryzła, a synowi jedzenie w ogóle nie w głowie itp.

Jest taki dowcip, który świetnie obrazuje mój tok myślenia. Polecam: Jasiu bawiąc się z kolegami na podwórku, słyszy jak mama go woła. Podbiega do bloku i widząc wychyloną przez okno mamę pyta: co mamo, jest mi zimno czy jeść mi się chce?

Dzieci mogą mieć jedno podobne upodobanie, taki sam nos lub ton głosu, ale nigdy nie będą identyczne jak ich rodzice, czasami, a nawet często, to zupełnie inni ludzie. Mają inne upodobania, potrzeby, wyobrażenia. Pozwólmy im na to.

  • Drugi typ to sytuacje, w których wydaje nam się, że nasze rozwiązanie jest najefektywniejsze.Jedni podejmują trudne zadania od razu (by mieć je szybko  z głowy), a innych motywuje dopiero zbliżający się termin realizacji. Jedni śmiało i szybko wchodzą w relacje, a inni wolą z daleka najpierw poobserwować. Nie ma „generalnie dobrych rozwiązań”, każde rozwiązanie jest powiązane z osobą, która miałaby je zastosować. Często np. ingerujemy w konflikty naszych dzieci. Mówimy jak mają się zachować gdynp. inne dzieci nie chcą się z nimi bawić, jakieś dziecko nie chce oddać zabawki, gdy ktoś mu zrobi przykrość. Nasze doświadczenie, miłość i opieka są dla dzieci ważne, pamiętajmy jednak, że nie są nami i nasze rozwiązania mogą nie sprawdzać się w ich przypadku. Jeśli dziecko je odrzuci i wybierze swoje, a  rozwiązanie się nie sprawdzi, uwierzmy, że zrobiło to, co było do niego dopasowane i na ten moment dla niego najlepsze. Może nie udało się „wkręcić” do zabawy a atrakcyjna zabawka została w rękach właściciela ale … to było jego doświadczenie, jego wybór i dzięki temu miało okazje się rozwinąć, czegoś nauczyć. Wspierajmy je w tym.

 

2. Jak już poczujemy odrębność naszego dziecka, będziemy mogli zacząć je poznawać. Następna wskazówka to: poznaj własne dziecko.

Dużo mówi się w mediach o tym, że dzieci dla dzisiejszych rodziców bywają „projektem”. Mamy wobec nich pewne oczekiwania i wyobrażenia dotyczące przyszłego życia, wiemy też w jaki sposób mają te oczekiwania i wyobrażenia urzeczywistniać, jaką obrać drogę, jakie zapewnić sobie umiejętności. Czasami wydaje nam się, że szczęśliwe i satysfakcjonujące życie zapewni im dobrze płatna praca, dom, niewielka rodzina i egzotyczne wycieczki. Że, aby to wszystko zdobyć trzeba być otwartym, przebojowym, znać 3 języki i uprawiać sporty.

Nie mam nic przeciwko sportom, egzotycznym wycieczkom i przebojowości, pytanie tylko czy egzotyczne wycieczki uczynią ich życie szczęśliwym, a przebojowość pomoże na nie zarobić.  A co z nieśmiałymi i tym, którzy mają pracę wcale nie najlepiej płatną. Wśród nich wielu znajdę takich, którzy wiodą szczęśliwe życie. Znam też wielu przepełnionych frustracją acz świetnie zarabiających prezesów, którzy kilka razy do roku wyjeżdżają na egzotyczne wycieczki.

Można by powiedzieć, że to wszystko (języki, sport, przebojowość …)przecież wcale nie przeszkadza a może pomóc, ale … skąd wiadomo, że nasze dziecko nie odnajdzie własnej, dużo bardziej dopasowanej do siebie, drogi która doprowadzi do szczęśliwego (według jego własnych kryteriów) życia. Pozwólmy mu szukać, wspierajmy, pokazujmy różne możliwości, a sam wybierze drogę najlepszą dla siebie.

Jak poznać własne dziecko? Przestać patrzeć na nie przez pryzmat własnych oczekiwań. Obserwować co robi, jakie podejmuje decyzje, wybory, jakie stosuje rozwiązania. Nie oceniać, nie sprawdzać z własnymi doświadczeniami, przyjmować jako te, na ten moment dla niego, najlepsze. Patrzeć jak sobie daje radę, jak się uczy na własnych doświadczeniach. Rozmawiać ale … raczej słuchać niż mówić. Ciekawić się tym wszystkim i patrzeć z podziwem jak się rozwija :).

Ćwiczenie dla chętnych:

Rodzice młodszych dzieci mogą podjąć we wspólnej zabawie, rolę podrzędną. Pozwólmy dziecku decydować dokąd zabawa prowadzi, jakie role kto przybierze, jak je zrealizuje. Bądźmy w zabawie zawsze krok za nim. Nie przejmujmy się frustracją, spowolnieniem czy brakiem pomysłu. Dajmy mu samemu się z tym zmierzyć, wybrać.

Rodzicom starszych dzieci proponuję zabawę we wspólnie zorganizowany weekend. Podzielcie się, niech w każdym tygodniu kto inny będzie inicjatorem rodzinnych weekendowych zajęć. Jest tylko jeden warunek, weekend (lub jeden dzień) trzeba spędzać razem. Jeśli nawet miałyby to być gry komputerowe, muszą być tak skonstruowane, by mogła grać cała rodzina, musza także mieć nadany przez pomysłodawcę sens, np. turniej rodzinny.

Takie ćwiczenie to okazja do poznania własnego dziecka, przyjrzeniu się mu, zobaczeniu co je cieszy, co bawi, co daje satysfakcje.

 

3. A teraz, po prostu, szanuj swoje dziecko. Traktuj je tak jak sam chciałbyś być traktowany, ale …  nie jako dziecko, ale jako Ty w swoim dorosłym życiu. Z jakiegoś powodu traktujemy dzieci jak„małych” ludzi. Mają mniej praw, mniej liczymy się z ich zdaniem, mają mniej wolności, czasem podejmujemy w stosunku do nich działania, które w świecie dorosłych, są prawem zakazane.To wszystko tłumaczymy troską, poczuciem odpowiedzialności, bezpieczeństwem, udaną przyszłością. Problem jednak w tym, że tych wytłumaczeń używamy zbyt często, zbyt wiele naszych działań mają rozgrzeszać. Dlatego:

  • słuchaj co mówi – nie kończ za nie zdania, nie zgaduj co chce powiedzieć, nie patrz wtedy w TV, komputer, spójrz w oczy i wysłuchaj albo … powiedz, że zrobisz to ….. (podaj precyzyjnie czas w sposób dostosowany do możliwości zrozumienia go przez dziecko, np. po kolacji, za godzinę – czyli mniej więcej za tyle czasu ile trwa Twoja lekcja w szkole, jak zadzwoni ten minutnik, zobacz stawiam go i patrz jak mija czas lub … jak skończę rozmawiać z tatą – pokazujmy dzieciom jak świat wygląda, nie zawsze można mieć wszystko od razu). Pamiętaj tylko, żeby obietnicy dotrzymać, tak jak w dorosłym życiu oczekujemy od innych, by dotrzymywali obietnic i słuchali nas z uwagą. Słuchaj także dlatego bo, z czasem, przestanie mówić … po 12/13 roku życia role się odwracają, to my nalegamy na rozmowę, często jednak jest już wtedy za późno.
  • Pytaj. Zanim odmówisz dziecku kupna nowej zabawki, sukienki, komórki zapytaj dlaczego chce to mieć. Po co pytać?

bo możesz tego po prostu nie wiedzieć, może ta sukienka wcale nie jest „kolejną” ale w jakiś szczególny sposób „wyjątkową”. 6 letnia dziewczynka wciąż męczyła mamę o kolejną paczkę gumek do robienia bransoletek. Mama przy 3 już się zdenerwowała mówiąc, że to ostatnia i starczy. Nie wiedziała, że ta mała postanowiła właśnie zostać przedsiębiorcą J, robić bransoletki i sprzedawać je w rodzinie.

bo to może być początek ciekawej rozmowy, może ta sukienka to „koło ratunkowe” Twojej córki, może dzień wcześniej w szkole poznała niewiarygodnie pięknego chłopca i następnego chce wyglądać olśniewająco J a teraz (przy tej okazji) możecie wspólnie porozmawiać o uczuciach, o ty co „olśniewa” (może wcale nie sukienka …).

bo to pozwoli dziecku zastanowić się, czy „to coś” jest mu naprawdę potrzebne, możemożna zastąpić „to coś” czymś innym co już ma.

Już trochę wiemy, że dzieciom nie należy dawać wszystkiego czego chcą, więc często odmawiamy, niestety najczęściej nie udaje nam się być konsekwentnym. Ostatecznie maluchy dostają czego chcą,ale muszą o to trochę powalczyć J. Z czasem każde „chcę” rozpoczynają od walki (tak na wszelki wypadek, by czas oszczędzić J). I właśnie tak nastawiony 7 latek podbiegł do mamy – mojej znajomej – z wrzaskiem komunikując, że chce kolejny pieniążek na kolejną rzecz ze straganu. Jak wielkie było jego osłupienie, gdy szczerze zaciekawiona, zapytałam „po co ci ta zabawka”. Autentycznie go zatkało, chwilę stał, patrząc na mnie dziwnie, po czym odbiegł z powrotem do swoich zajęć. Moja znajoma zapytała „i tyle?, tylko tyle trzeba było by dał mi spokój z tymi straganami?”. Oczywiście nie zawsze przebiega to tak łatwo, najczęściej dzieci wynajdą tysiąc argumentów, warto jednak być wtedy dociekliwym i spróbować wydobyć rzeczywistą potrzebę lub jej brak. Nikt dziś nie ma czasu na refleksje, dzieci też się już tego uczą, dlatego zatrzymajmy ten proces, pokażmy im, że czasem warto pomyśleć.

 

4. Ufaj odpowiedziom. Bo niby dlaczego miałbyś tego nie robić. Dzieci się już przyzwyczaiły do tego, że muszą manipulować, wymuszać, koloryzować. A to, żeby coś dostać, a to by zostać zauważonym. Dlaczego? bo im nie ufamy. Jak mówią, że im ciepło i tak dostają kolejny sweter, jak mówią, że nie są głodne i tak wetkniemy im bułeczkę na plaży, jak płaczą z bólu bo się wywróciły i stłukły kolano, mówimy że nic nie boli. Sami nauczyliśmy je koloryzować ale … zawsze możemy zacząć to zmieniać. W tym temacie rysują mi się dwa wątki:

  • pierwszy wiąże się trochę z początkiem tego tekstu, nam się może wydawać że wiemy lepiej, bo my w takiej sytuacji czulibyśmy się tak a nie inaczej lub potrzebowali tego a nie czegoś innego, czasami też generalizujemy bo np. wydaje nam się, że wszystkie dzieci boją się ciemności lub lubią lody.

Moja mała córka nigdy nie bała się ciemności dopóki tatuś pewnego razu,  gdy nie chciała zasnąć powiedział „zapalę ci lampkę, wtedy będzie jaśniej i nie będziesz się bała zasnąć”. Znam też chłopca, który nie lubi zabaw na plaży, a woda w morzu jest dla niego za zimna. Jego rodzice jednak nie chcą „usłyszeć” jego argumentów, co roku organizując (bo dzieci uwielbiają skoki przez fale i budowanie zamków z pisaku) wypady nad morze.I jeszcze jeden już wcześniej wspomniany przeze mnie przykład, niektóre dzieci nie chcą na placu zabaw od razu poznawać się z innymi i z nimi bawić. Wolą powoli się oswajać, najpierw się trochę im poprzyglądać. Rodzice tym czasem „pchają” je do innych, mówiąc: „no przedstaw się koleżance, zaproś do wspólnej zabawy, no co się tak ociągasz, przecież nie będziesz tu sam tak sterczał”.

Na koniec mój osobisty przykład: Nigdy nie lubiłam jadać sama, w pracy rezygnowałam z obiadu, gdy nikt nie chciał ze mną na niego pójść. Moja starsza córka przyszła ze szkoły i opowiada co się wydarzyło: robiła to i to, tak i tak, w przerwie poszła na obiad, na obiedzie było to i to … „a z kim jadłaś obiad?”- zapytałam, „sama” – dopowiedziała, na co ja „ sama?, jak to? Biedna Ty moja, nikt nie chciał z Tobą zjeść?”. I dziewczynka, której zdarzało się jadać samotnie w stołówce i która nigdy dotąd nie postrzegała tego jako coś złego, zaczęła się tym zamartwiać. Co więcej, problem zaczęła rozwijać … dziś nikt ze mną nie usiadł, pewnie mnie nie lubią …Kiedyś powiedziałaby, że jak koleżanki szły na obiad, jeszcze nie była głodna więc poszła sama później, a teraz stało się to okazją do poczucia „odrzucenia”.

Słuchajmy co mówią, ufajmy odpowiedziom, poznajmy ich własnych świat.

  • Drugi temat to tzw. „zaprzeczanie uczuciom” dziecka. Emocje to jedno z największych źródeł informacji o nas. By podejmować właściwe decyzje trzeba posiadać pewną wiedzę i … umieć słuchać własnych emocji. Do niedawna emocje były uważane za „złego doradcę”. Dziś już wiadomo, że tzw. ludzie sukcesu wyróżniali się od innych właśnie tym, że słuchali „intuicji”. Dzięki emocjom wiemy czy dany związek jest dla nas dobryczy zły, czy praca do której codziennie chodzimy, rozwija nas czy zatruwa nam życie. Potrafimy zważyć, czy trudne uczucia, które się w nas pojawiają czasami nie sygnalizują, że obrany przez nas cel wcale nie jest wart osiągania.

Pierwsze emocje pojawiają się już w dzieciństwie. A to właśnie ból zbitego kolana, lęk przed nieznanym, smutek po śmierci chomika, żal po zniszczonej zabawce, frustracja bo mama nie kupiła trzeciego z tej serii potworka na wspomnianym straganie. Te emocje są prawdziwe. Nie można ich negować czy umniejszać. Mówienie, że chomik to tylko zwierzę, że rozpaczać to można dopiero po śmierci bliskich, lub że stłuczone kolano wcale nie boli, bo co by było dopiero gdyby to nam się noga złamała itp., blokuje u dziecka dostęp do tej najważniejszej informacji. Dzieci uczą się negować własne emocje, a z czasem je wypierać, by ostatecznie w ogóle przestać je dostrzegać. I stąd mamy dziś dorosłych latami tkwiących w toksycznych związkach, sfrustrowanych pracowników, zestresowanych i mobbingowanych podwładnych. Emocje – informacje z naszego organizmu walą do nas drzwiami i oknami, a my zagłuszamy je lampką wina co wieczór, szklaneczką piwa, 10 min przerwą na papierosa, kilometrowymi biegami lub długimi godzinami na siłowni, podczas gdy zagłuszony stres i tak pustoszy nasze ciało.

Nie pozbawiajmy dziecko tego ważnego źródła wiedzy, pokazujmy jak z niego korzystać, zachęcajmy do konfrontowania się z nimi.

 

5. Nie używaj przemocy. Nie używajmy siły fizycznej, psychicznej perswazji do tego by nakłonić nasze dziecko do zrobienia czegoś, czego nie chce i czego potrzeby nie rozumie. Przykłady:

  • szczepienie malucha w gabinecie u pielęgniarki, mały wierzga, krzyczy, rozpacza, broni się jak może, a dwie pielęgniarki i mama koncentrują się na tym, by te jego protesty siłą na tyle okiełznać, by dało się zrobić zastrzyk.
  • Ferie zimowe, stok narciarski i chłopiec, który z zaciśniętymi zębami i łzami w oczach próbuje jeździć na nartach, kierowany przez „wrzeszczącego” na niego ojca.
  • Wakacje letnie, plaża, morze. Mały chłopiec, wierzgający i wyrywający się z objęć taty, który niesie go w morze, by siłą nakłonić do zabawy z falami.
  • Rok szkolny, poranek w domu rodzinnym. Mała dziewczynka, która rozpacza, że w tych butach nie pójdzie, bo ją uwierają i mama, która wrzeszczy, że jak zaraz nie założy tych butów, to ją wywalą z pracy i nie będzie więcej zabawek pod choinką.

Ten punkt, jest chyba kwintesencją wszystkich poprzednich. Dlaczego stosujemy przemoc? Bo tak nam łatwiej. Bo nie słuchamy dzieci, bo nie wierzymy w to, co mówią, bo nie szanujemy ich uczuć i wyborów. Niestety też dlatego, że nam wolno, że tak szybciej, bo przecież to dla jego/jej dobra, bo jesteśmy za niego/nią odpowiedzialni bo …. wiemy lepiej. A przede wszystkim, bo tak robili moi rodzice i na jakiego przyzwoitego człowieka wyrosłem.

I przyznam, że nie wiem, jak na to odpowiadać. Mam ochotę mówić po prostu „bo przemoc jest złem i nic jej nie tłumaczy”.

Ale moja ochota nie ma tu znaczenia, więc opiszę ten problem.

Zastanówmy się na chwilę co, używając przemocy, mówimy dziecku, jaki na dalsze życie przekazujemy komunikat, jaką „prawdę”?

Taki komunikat mógłby brzmieć „w życiu jest różnie, jak trafisz na kogoś silniejszego, to w imię Twojego dobra, może Cię zmusić do robienia rzeczy, których nie chcesz”.

Teraz zastanówmy się, jaką dajmy dziecku informację o nim samym?

„Kochamy Cię, ale nie do końca ważny jesteś dla nas, nasze zdanie się tylko liczy” lub „Ty nie wiesz, co dla ciebie dobre, nie potrafisz podejmować trafnych wyborów, uważamy, nie umiesz, jesteś nie dość dobry”

Pomyślmy teraz o konsekwencjach takich, podświadomie przejmowanych (dziecko jest całkowicie bezbronne wobec tego procesu, nie może się przeciwstawić, bo go sobie nie uświadamia) prawd.

Konsekwencją bywa: zgoda na przemoc domową, zgoda na mobbing w pracy, poczucie bezradności i barku wpływu na swoje życie (podstawowe przyczyny samobójstw), brak wiary w siebie, w swoje możliwość. To też brak reakcji na przemoc wokół, to także używanie przemocy wobec innych i siebie.

A teraz przykładowe rozwiązania przywołanych sytuacji:

  • szczepienie – to właściwie wszystkie sprawy niezbyt dla dziecka komfortowe (delikatnie mówiąc), a związane z jego zdrowiem. Każdy zdrowy człowiek ucieka od bólu i niewygody. Każdy zrobi wiele by go zniwelować w sowim życiu. Dziecko nasze także. Kto z nas lubi widok igły wbijającej się w ramie? Ale chodzimy na szczepienia, zabiegi, poddajemy się bolesnym operacjom. Dlaczego? Bo ktoś nam wytłumaczył szczegółowo ich znaczenie, ukazał potrzebę, tłumaczył tak długo, aż zrozumieliśmy i sami na ból się zdecydowaliśmy. Dlaczego dzieciom odmawiamy tego prawa? „nie mam czasu, stoi kolejka”, „po co ma się denerwować wcześniej, jedno ukłucie, przytrzymam, zagadam i po wszystkim”. Czas mamy, możemy przygotować dziecko dzień wcześniej, dwa dni, ile trzeba, opowiadać jak będzie to wyglądało, mówić prawdę o bólu, pokazywać sens tego zabiegu. Mówić, tłumaczyć i od nowa, aż do skutku. Często dziecko i tak potem w przychodni protestuje, ale teraz, naprawdę, dla jego dobra, możemy je przytrzymać. Dziecko ma poczucie bezpieczeństwa, wie że rodzic go nie okłamie, że uprzedzi przed sytuacjami trudnymi, że je szanuje. Buduje się u dziecka poczucie prawa do prawdy, prawa do informacji, prawa do zrozumienia.
  • Ferie zimowe i wakacje – to sytuacje w których wydaje nam się, że wiemy lepiej jakie są dziecka preferencje. Więc przypominam, nie wiemy. Ale może się zdarzyć tak, że w takich sytuacjach ujawnia się też u dziecka opór przed nieznanym. Może wystarczy (znów) malucha przygotować na to co go czeka. Pochodzić po brzegu, powoli oswoić z butami narciarskimi, zachęcić do zabawy, pokazać jaką radość można mieć.Któregoś dnia postanowiłam wziąć moją kilkuletnią wówczas córkę, na rowerową wycieczkę. Kupiłam fotelik, wszystko przygotowałam, fotelik zamontowałam, malucha ubrałam, rower wyprowadziłam. Wzięłam ją na ręce, wsadziłam do fotelika a ona w płacz. Zupełnie nie wiedziałam o co chodzi, rozmawiałyśmy o wycieczce, fotelik widziała, sama chciała. Okazało się, że z tej pozycji świat wyglądał inaczej, nie czuła się bezpiecznie. Wystarczyło kilka powolnych rundek za rękę z prowadzonym rowerem, by z nową rzeczywistością się oswoiła i na spacer pojechała. 
  • Rok szkolny i poranek. Małe dziewczynki często mają niezrozumiałe dla nas preferencje ubraniowe. Jeśli mieszczą się w jakiś ramach przyzwoitości i ochrony zdrowia, to po prostu je uszanujmy. Jeśli nie, bo np. drugich butów nie mamy, bo pada deszcz i tylko kalosze zapewnią zdrowy spacer, po prostu wytłumaczmy o co nam chodzi. Spokojnie, rzeczowo i wielokrotnie. Jak już będziemy pewni, że dziecko wszystko zrozumiało, ale nadal nie chce kaloszy włożyć, możemy …. i tu miejsce na pomysłowość rodziców i tolerancje na ryzyko :). Możemy malucha puścić w tenisówkach, które przemokną i nabawią go kataru, możemy zrezygnować z wyjścia (oczywiście ma to sens wtedy gdy wyjście jest atrakcyjne dla dziecka) itp. Ubieranie na siłę, proponuję raz na zawsze odpuścić.  W takich sytuacjach mamy jeszcze jeden problem, o którym warto wspomnieć – pośpiech. Żyjemy dziś bardzo szybko, cierpimy na permanentny brak czasu, ale pewnych rzeczy nie da się przyspieszyć. Poranna toaleta, śniadanie, samodzielne ubranie się to naprawdę zajmuje wiele czasu. Jednocześnie jest to początek dnia, który powinien być miłym jego rozpoczęciem, dać energię i uśmiech, jest to także czas spędzony wspólnie z najbliższymi (następne spotkanie dopiero za kilka godzin), jest to także czas na poznanie i wyćwiczenie wielu umiejętności (uświadomienie sobie płynącego czasu, mycie zębów, przygotowywanie, wybieranie i jedzenie posiłków, dobieranie i zakładanie ubrań, przewidywanie i dostosowanie ich do warunków atmosferycznych – poznawanie pogody) itp. To naprawdę ważny moment, skrócenie czasu spania nawet o 30-40 minut da dużo mniejszy uszczerbek na zdrowiu i samopoczuciu dziecka niż zysk jaki może mieć z udanego poranka.

 

Uff, teraz chwila oddechu. Dziecko rozwija się w pewnym kontekście, w sumie różnych sytuacji i zdarzeń. Pojedyncze zdarzenia, osoby nie muszą o niczym przesądzać. Czasami dzieci potrafią czerpać siłę i mądrość ze źródeł, o których nie mamy pojęcia. A my? My jesteśmy tylko … i aż … ludźmi. Ze swoimi jasnymi i ciemnymi stronami. Mamy swoje słabości, lepsze i gorsze dni. Dzieci też powinny to zobaczyć, bo tak wygląda prawdziwe życie. Tym tekstem, chciałam Państwa nakłonić do chwili refleksji, do bardziej uważnego rodzicielstwa.

Tych, którzy zechcą zmiany wprowadzać, uprzedzam: łatwo nie będzie. To proces, długi, mozolny, pełen potknięć, sukcesów i porażek. Zmian nie da się wprowadzić na 100%, a dzieci przez dłuższy czas będą działały i tak „po staremu” (potrzebują czasu by uwierzyć w zmianę). Zalecam spokój i dużą tolerancję dla swoich błędów i poczynań dzieci.

Życzę wszystkim powodzenia a tych, którzy chcieliby doświadczyć wsparcia w swojej drodze, zapraszam do kontaktu www.coachingrodzica.com

 

 

 

Rodzice często pytają mnie, jak postępować ze swoimi dziećmi. Przywołują konkretne sytuacja, a ja udzielam odpowiedzi. Zdarza się, że Ci sami rodzice dzwonią kilkakrotnie. Zastanawiałam się, co mogło by im pomóc w tym, by sami na swoje pytania potrafili odpowiadać, szukałam jednego uniwersalnego środka.

Wymyśliłam ten poradnik. To nie konkretne wskazówki, wyszukane komendy, rozpisane schematy zachowań. Mam wrażenie, że nie jest to efektywny sposób pomocy. Trzeba się tego uczyć niemal na pamięć, dużo, a w rezultacie powstają zachowania sztuczne, które pozbawione autentyczność, stają się nie efektywne.

Moim zdaniem, nie o zachowania, sformułowania tu chodzi, ale o sposób myślenia. Wierzę, że jak się nauczymy trochę inaczej myśleć o naszym rodzicielstwie, o naszych dzieciach i troszkę o nas samych, efektywne działania same przyjdą. Co więcej, będą dopasowane do nas, naszych dzieci, konkretnych sytuacji. Dzięki temu będą „nasze”, będą wiarygodne, będzie nam łatwiej je stosować i będą bardziej uniwersalne.

Ale to moje zdanie, nie muszą go Państwo podzielać, jedyne do czego namawiam to przyjrzenie się temu o czym napiszę, przemyślenie i … pójścia własną drogą.

Proponuję zacząć od przygotowania się. Dla chętnych wprowadziłam ćwiczenia, innym może wystarczą spisane w punktach wskazówki.

 

1. Pierwszy krok to chwila refleksji nad tym„kim dla mnie jest moje dziecko”?

Ćwiczenie: proponuję usiąść wygodnie i w spokoju pomyśleć nad odpowiedzią, wziąć kartkę i … pisać, rysować, malować, kleić … (cokolwiek, ważne by oprócz myślenia pojawiła się jeszcze jakaś czynność, która to myślenie przeniesie do świata rzeczy – tego, co dotykalne). Czasami taka czynność pomaga  skonkretyzować myśli, zobaczyć je, ułożyć w pewną całość. Przyjrzyjmy się temu co stworzyliśmy i skonfrontujmy z tym, co piszę dalej.

Postrzegaj swoje dziecko jako odrębną osobę. To bardzo trudne. W końcu jesteśmy rodzicami, my dziecko powołaliśmy na świat, ma nasze geny, często jest podobne z wyglądu, czasem z charakteru.Wydaje się naszą częścią, własnością. Niestety, myślenie o dziecku jak o cząstce samego siebie może być zwodnicze. Dziecko, żeby mogło rozkwitnąć musi stać się sobą, musi szukać własnych dróg, musi poznawać własne preferencje. Przytoczę tutaj dwa typy sytuacji, w których ten brak oddzielenia jest najlepiej widoczny:

  • pierwszy typ to sytuacje kiedy wydaje nam się, że nasze dzieci odczuwają tak samo jak my. Np. mama nie potrafi się skupić przy głośnej muzyce więc myśli, że to cecha wszystkich ludzi, podczas gdy jej córce, wręcz przeciwnie, głośna muzyka pomaga.Lub: mama marznie przy 19 stopniach w pokoju, a dla syna to optymalna temperatura, by po mieszkaniu chodzić na bosaka. Inny przykład: rodzice uwielbiają weekendy poza miastem, a ich dzieci chętniej zostałyby rodzinnie w domu. I przykład z ostatnich wakacji: mama na plaży chętnie by coś przegryzła, a synowi jedzenie w ogóle nie w głowie itp.

Jest taki dowcip, który świetnie obrazuje mój tok myślenia. Polecam: Jasiu bawiąc się z kolegami na podwórku, słyszy jak mama go woła. Podbiega do bloku i widząc wychyloną przez okno mamę pyta: co mamo, jest mi zimno czy jeść mi się chce?

Dzieci mogą mieć jedno podobne upodobanie, taki sam nos lub ton głosu, ale nigdy nie będą identyczne jak ich rodzice, czasami, a nawet często, to zupełnie inni ludzie. Mają inne upodobania, potrzeby, wyobrażenia. Pozwólmy im na to.

  • Drugi typ to sytuacje, w których wydaje nam się, że nasze rozwiązanie jest najefektywniejsze.Jedni podejmują trudne zadania od razu (by mieć je szybko  z głowy), a innych motywuje dopiero zbliżający się termin realizacji. Jedni śmiało i szybko wchodzą w relacje, a inni wolą z daleka najpierw poobserwować. Nie ma „generalnie dobrych rozwiązań”, każde rozwiązanie jest powiązane z osobą, która miałaby je zastosować. Często np. ingerujemy w konflikty naszych dzieci. Mówimy jak mają się zachować gdynp. inne dzieci nie chcą się z nimi bawić, jakieś dziecko nie chce oddać zabawki, gdy ktoś mu zrobi przykrość. Nasze doświadczenie, miłość i opieka są dla dzieci ważne, pamiętajmy jednak, że nie są nami i nasze rozwiązania mogą nie sprawdzać się w ich przypadku. Jeśli dziecko je odrzuci i wybierze swoje, a  rozwiązanie się nie sprawdzi, uwierzmy, że zrobiło to, co było do niego dopasowane i na ten moment dla niego najlepsze. Może nie udało się „wkręcić” do zabawy a atrakcyjna zabawka została w rękach właściciela ale … to było jego doświadczenie, jego wybór i dzięki temu miało okazje się rozwinąć, czegoś nauczyć. Wspierajmy je w tym.

 

2. Jak już poczujemy odrębność naszego dziecka, będziemy mogli zacząć je poznawać. Następna wskazówka to: poznaj własne dziecko.

Dużo mówi się w mediach o tym, że dzieci dla dzisiejszych rodziców bywają „projektem”. Mamy wobec nich pewne oczekiwania i wyobrażenia dotyczące przyszłego życia, wiemy też w jaki sposób mają te oczekiwania i wyobrażenia urzeczywistniać, jaką obrać drogę, jakie zapewnić sobie umiejętności. Czasami wydaje nam się, że szczęśliwe i satysfakcjonujące życie zapewni im dobrze płatna praca, dom, niewielka rodzina i egzotyczne wycieczki. Że, aby to wszystko zdobyć trzeba być otwartym, przebojowym, znać 3 języki i uprawiać sporty.

Nie mam nic przeciwko sportom, egzotycznym wycieczkom i przebojowości, pytanie tylko czy egzotyczne wycieczki uczynią ich życie szczęśliwym, a przebojowość pomoże na nie zarobić.  A co z nieśmiałymi i tym, którzy mają pracę wcale nie najlepiej płatną. Wśród nich wielu znajdę takich, którzy wiodą szczęśliwe życie. Znam też wielu przepełnionych frustracją acz świetnie zarabiających prezesów, którzy kilka razy do roku wyjeżdżają na egzotyczne wycieczki.

Można by powiedzieć, że to wszystko (języki, sport, przebojowość …)przecież wcale nie przeszkadza a może pomóc, ale … skąd wiadomo, że nasze dziecko nie odnajdzie własnej, dużo bardziej dopasowanej do siebie, drogi która doprowadzi do szczęśliwego (według jego własnych kryteriów) życia. Pozwólmy mu szukać, wspierajmy, pokazujmy różne możliwości, a sam wybierze drogę najlepszą dla siebie.

Jak poznać własne dziecko? Przestać patrzeć na nie przez pryzmat własnych oczekiwań. Obserwować co robi, jakie podejmuje decyzje, wybory, jakie stosuje rozwiązania. Nie oceniać, nie sprawdzać z własnymi doświadczeniami, przyjmować jako te, na ten moment dla niego, najlepsze. Patrzeć jak sobie daje radę, jak się uczy na własnych doświadczeniach. Rozmawiać ale … raczej słuchać niż mówić. Ciekawić się tym wszystkim i patrzeć z podziwem jak się rozwija :).

Ćwiczenie dla chętnych:

Rodzice młodszych dzieci mogą podjąć we wspólnej zabawie, rolę podrzędną. Pozwólmy dziecku decydować dokąd zabawa prowadzi, jakie role kto przybierze, jak je zrealizuje. Bądźmy w zabawie zawsze krok za nim. Nie przejmujmy się frustracją, spowolnieniem czy brakiem pomysłu. Dajmy mu samemu się z tym zmierzyć, wybrać.

Rodzicom starszych dzieci proponuję zabawę we wspólnie zorganizowany weekend. Podzielcie się, niech w każdym tygodniu kto inny będzie inicjatorem rodzinnych weekendowych zajęć. Jest tylko jeden warunek, weekend (lub jeden dzień) trzeba spędzać razem. Jeśli nawet miałyby to być gry komputerowe, muszą być tak skonstruowane, by mogła grać cała rodzina, musza także mieć nadany przez pomysłodawcę sens, np. turniej rodzinny.

Takie ćwiczenie to okazja do poznania własnego dziecka, przyjrzeniu się mu, zobaczeniu co je cieszy, co bawi, co daje satysfakcje.

 

3. A teraz, po prostu, szanuj swoje dziecko. Traktuj je tak jak sam chciałbyś być traktowany, ale …  nie jako dziecko, ale jako Ty w swoim dorosłym życiu. Z jakiegoś powodu traktujemy dzieci jak„małych” ludzi. Mają mniej praw, mniej liczymy się z ich zdaniem, mają mniej wolności, czasem podejmujemy w stosunku do nich działania, które w świecie dorosłych, są prawem zakazane.To wszystko tłumaczymy troską, poczuciem odpowiedzialności, bezpieczeństwem, udaną przyszłością. Problem jednak w tym, że tych wytłumaczeń używamy zbyt często, zbyt wiele naszych działań mają rozgrzeszać. Dlatego:

  • słuchaj co mówi – nie kończ za nie zdania, nie zgaduj co chce powiedzieć, nie patrz wtedy w TV, komputer, spójrz w oczy i wysłuchaj albo … powiedz, że zrobisz to ….. (podaj precyzyjnie czas w sposób dostosowany do możliwości zrozumienia go przez dziecko, np. po kolacji, za godzinę – czyli mniej więcej za tyle czasu ile trwa Twoja lekcja w szkole, jak zadzwoni ten minutnik, zobacz stawiam go i patrz jak mija czas lub … jak skończę rozmawiać z tatą – pokazujmy dzieciom jak świat wygląda, nie zawsze można mieć wszystko od razu). Pamiętaj tylko, żeby obietnicy dotrzymać, tak jak w dorosłym życiu oczekujemy od innych, by dotrzymywali obietnic i słuchali nas z uwagą. Słuchaj także dlatego bo, z czasem, przestanie mówić … po 12/13 roku życia role się odwracają, to my nalegamy na rozmowę, często jednak jest już wtedy za późno.
  • Pytaj. Zanim odmówisz dziecku kupna nowej zabawki, sukienki, komórki zapytaj dlaczego chce to mieć. Po co pytać?

bo możesz tego po prostu nie wiedzieć, może ta sukienka wcale nie jest „kolejną” ale w jakiś szczególny sposób „wyjątkową”. 6 letnia dziewczynka wciąż męczyła mamę o kolejną paczkę gumek do robienia bransoletek. Mama przy 3 już się zdenerwowała mówiąc, że to ostatnia i starczy. Nie wiedziała, że ta mała postanowiła właśnie zostać przedsiębiorcą J, robić bransoletki i sprzedawać je w rodzinie.

bo to może być początek ciekawej rozmowy, może ta sukienka to „koło ratunkowe” Twojej córki, może dzień wcześniej w szkole poznała niewiarygodnie pięknego chłopca i następnego chce wyglądać olśniewająco J a teraz (przy tej okazji) możecie wspólnie porozmawiać o uczuciach, o ty co „olśniewa” (może wcale nie sukienka …).

bo to pozwoli dziecku zastanowić się, czy „to coś” jest mu naprawdę potrzebne, możemożna zastąpić „to coś” czymś innym co już ma.

Już trochę wiemy, że dzieciom nie należy dawać wszystkiego czego chcą, więc często odmawiamy, niestety najczęściej nie udaje nam się być konsekwentnym. Ostatecznie maluchy dostają czego chcą,ale muszą o to trochę powalczyć J. Z czasem każde „chcę” rozpoczynają od walki (tak na wszelki wypadek, by czas oszczędzić J). I właśnie tak nastawiony 7 latek podbiegł do mamy – mojej znajomej – z wrzaskiem komunikując, że chce kolejny pieniążek na kolejną rzecz ze straganu. Jak wielkie było jego osłupienie, gdy szczerze zaciekawiona, zapytałam „po co ci ta zabawka”. Autentycznie go zatkało, chwilę stał, patrząc na mnie dziwnie, po czym odbiegł z powrotem do swoich zajęć. Moja znajoma zapytała „i tyle?, tylko tyle trzeba było by dał mi spokój z tymi straganami?”. Oczywiście nie zawsze przebiega to tak łatwo, najczęściej dzieci wynajdą tysiąc argumentów, warto jednak być wtedy dociekliwym i spróbować wydobyć rzeczywistą potrzebę lub jej brak. Nikt dziś nie ma czasu na refleksje, dzieci też się już tego uczą, dlatego zatrzymajmy ten proces, pokażmy im, że czasem warto pomyśleć.

 

4. Ufaj odpowiedziom. Bo niby dlaczego miałbyś tego nie robić. Dzieci się już przyzwyczaiły do tego, że muszą manipulować, wymuszać, koloryzować. A to, żeby coś dostać, a to by zostać zauważonym. Dlaczego? bo im nie ufamy. Jak mówią, że im ciepło i tak dostają kolejny sweter, jak mówią, że nie są głodne i tak wetkniemy im bułeczkę na plaży, jak płaczą z bólu bo się wywróciły i stłukły kolano, mówimy że nic nie boli. Sami nauczyliśmy je koloryzować ale … zawsze możemy zacząć to zmieniać. W tym temacie rysują mi się dwa wątki:

  • pierwszy wiąże się trochę z początkiem tego tekstu, nam się może wydawać że wiemy lepiej, bo my w takiej sytuacji czulibyśmy się tak a nie inaczej lub potrzebowali tego a nie czegoś innego, czasami też generalizujemy bo np. wydaje nam się, że wszystkie dzieci boją się ciemności lub lubią lody.

Moja mała córka nigdy nie bała się ciemności dopóki tatuś pewnego razu,  gdy nie chciała zasnąć powiedział „zapalę ci lampkę, wtedy będzie jaśniej i nie będziesz się bała zasnąć”. Znam też chłopca, który nie lubi zabaw na plaży, a woda w morzu jest dla niego za zimna. Jego rodzice jednak nie chcą „usłyszeć” jego argumentów, co roku organizując (bo dzieci uwielbiają skoki przez fale i budowanie zamków z pisaku) wypady nad morze.I jeszcze jeden już wcześniej wspomniany przeze mnie przykład, niektóre dzieci nie chcą na placu zabaw od razu poznawać się z innymi i z nimi bawić. Wolą powoli się oswajać, najpierw się trochę im poprzyglądać. Rodzice tym czasem „pchają” je do innych, mówiąc: „no przedstaw się koleżance, zaproś do wspólnej zabawy, no co się tak ociągasz, przecież nie będziesz tu sam tak sterczał”.

Na koniec mój osobisty przykład: Nigdy nie lubiłam jadać sama, w pracy rezygnowałam z obiadu, gdy nikt nie chciał ze mną na niego pójść. Moja starsza córka przyszła ze szkoły i opowiada co się wydarzyło: robiła to i to, tak i tak, w przerwie poszła na obiad, na obiedzie było to i to … „a z kim jadłaś obiad?”- zapytałam, „sama” – dopowiedziała, na co ja „ sama?, jak to? Biedna Ty moja, nikt nie chciał z Tobą zjeść?”. I dziewczynka, której zdarzało się jadać samotnie w stołówce i która nigdy dotąd nie postrzegała tego jako coś złego, zaczęła się tym zamartwiać. Co więcej, problem zaczęła rozwijać … dziś nikt ze mną nie usiadł, pewnie mnie nie lubią …Kiedyś powiedziałaby, że jak koleżanki szły na obiad, jeszcze nie była głodna więc poszła sama później, a teraz stało się to okazją do poczucia „odrzucenia”.

Słuchajmy co mówią, ufajmy odpowiedziom, poznajmy ich własnych świat.

  • Drugi temat to tzw. „zaprzeczanie uczuciom” dziecka. Emocje to jedno z największych źródeł informacji o nas. By podejmować właściwe decyzje trzeba posiadać pewną wiedzę i … umieć słuchać własnych emocji. Do niedawna emocje były uważane za „złego doradcę”. Dziś już wiadomo, że tzw. ludzie sukcesu wyróżniali się od innych właśnie tym, że słuchali „intuicji”. Dzięki emocjom wiemy czy dany związek jest dla nas dobryczy zły, czy praca do której codziennie chodzimy, rozwija nas czy zatruwa nam życie. Potrafimy zważyć, czy trudne uczucia, które się w nas pojawiają czasami nie sygnalizują, że obrany przez nas cel wcale nie jest wart osiągania.

Pierwsze emocje pojawiają się już w dzieciństwie. A to właśnie ból zbitego kolana, lęk przed nieznanym, smutek po śmierci chomika, żal po zniszczonej zabawce, frustracja bo mama nie kupiła trzeciego z tej serii potworka na wspomnianym straganie. Te emocje są prawdziwe. Nie można ich negować czy umniejszać. Mówienie, że chomik to tylko zwierzę, że rozpaczać to można dopiero po śmierci bliskich, lub że stłuczone kolano wcale nie boli, bo co by było dopiero gdyby to nam się noga złamała itp., blokuje u dziecka dostęp do tej najważniejszej informacji. Dzieci uczą się negować własne emocje, a z czasem je wypierać, by ostatecznie w ogóle przestać je dostrzegać. I stąd mamy dziś dorosłych latami tkwiących w toksycznych związkach, sfrustrowanych pracowników, zestresowanych i mobbingowanych podwładnych. Emocje – informacje z naszego organizmu walą do nas drzwiami i oknami, a my zagłuszamy je lampką wina co wieczór, szklaneczką piwa, 10 min przerwą na papierosa, kilometrowymi biegami lub długimi godzinami na siłowni, podczas gdy zagłuszony stres i tak pustoszy nasze ciało.

Nie pozbawiajmy dziecko tego ważnego źródła wiedzy, pokazujmy jak z niego korzystać, zachęcajmy do konfrontowania się z nimi.

 

5. Nie używaj przemocy. Nie używajmy siły fizycznej, psychicznej perswazji do tego by nakłonić nasze dziecko do zrobienia czegoś, czego nie chce i czego potrzeby nie rozumie. Przykłady:

  • szczepienie malucha w gabinecie u pielęgniarki, mały wierzga, krzyczy, rozpacza, broni się jak może, a dwie pielęgniarki i mama koncentrują się na tym, by te jego protesty siłą na tyle okiełznać, by dało się zrobić zastrzyk.
  • Ferie zimowe, stok narciarski i chłopiec, który z zaciśniętymi zębami i łzami w oczach próbuje jeździć na nartach, kierowany przez „wrzeszczącego” na niego ojca.
  • Wakacje letnie, plaża, morze. Mały chłopiec, wierzgający i wyrywający się z objęć taty, który niesie go w morze, by siłą nakłonić do zabawy z falami.
  • Rok szkolny, poranek w domu rodzinnym. Mała dziewczynka, która rozpacza, że w tych butach nie pójdzie, bo ją uwierają i mama, która wrzeszczy, że jak zaraz nie założy tych butów, to ją wywalą z pracy i nie będzie więcej zabawek pod choinką.

Ten punkt, jest chyba kwintesencją wszystkich poprzednich. Dlaczego stosujemy przemoc? Bo tak nam łatwiej. Bo nie słuchamy dzieci, bo nie wierzymy w to, co mówią, bo nie szanujemy ich uczuć i wyborów. Niestety też dlatego, że nam wolno, że tak szybciej, bo przecież to dla jego/jej dobra, bo jesteśmy za niego/nią odpowiedzialni bo …. wiemy lepiej. A przede wszystkim, bo tak robili moi rodzice i na jakiego przyzwoitego człowieka wyrosłem.

I przyznam, że nie wiem, jak na to odpowiadać. Mam ochotę mówić po prostu „bo przemoc jest złem i nic jej nie tłumaczy”.

Ale moja ochota nie ma tu znaczenia, więc opiszę ten problem.

Zastanówmy się na chwilę co, używając przemocy, mówimy dziecku, jaki na dalsze życie przekazujemy komunikat, jaką „prawdę”?

Taki komunikat mógłby brzmieć „w życiu jest różnie, jak trafisz na kogoś silniejszego, to w imię Twojego dobra, może Cię zmusić do robienia rzeczy, których nie chcesz”.

Teraz zastanówmy się, jaką dajmy dziecku informację o nim samym?

„Kochamy Cię, ale nie do końca ważny jesteś dla nas, nasze zdanie się tylko liczy” lub „Ty nie wiesz, co dla ciebie dobre, nie potrafisz podejmować trafnych wyborów, uważamy, nie umiesz, jesteś nie dość dobry”

Pomyślmy teraz o konsekwencjach takich, podświadomie przejmowanych (dziecko jest całkowicie bezbronne wobec tego procesu, nie może się przeciwstawić, bo go sobie nie uświadamia) prawd.

Konsekwencją bywa: zgoda na przemoc domową, zgoda na mobbing w pracy, poczucie bezradności i barku wpływu na swoje życie (podstawowe przyczyny samobójstw), brak wiary w siebie, w swoje możliwość. To też brak reakcji na przemoc wokół, to także używanie przemocy wobec innych i siebie.

A teraz przykładowe rozwiązania przywołanych sytuacji:

  • szczepienie – to właściwie wszystkie sprawy niezbyt dla dziecka komfortowe (delikatnie mówiąc), a związane z jego zdrowiem. Każdy zdrowy człowiek ucieka od bólu i niewygody. Każdy zrobi wiele by go zniwelować w sowim życiu. Dziecko nasze także. Kto z nas lubi widok igły wbijającej się w ramie? Ale chodzimy na szczepienia, zabiegi, poddajemy się bolesnym operacjom. Dlaczego? Bo ktoś nam wytłumaczył szczegółowo ich znaczenie, ukazał potrzebę, tłumaczył tak długo, aż zrozumieliśmy i sami na ból się zdecydowaliśmy. Dlaczego dzieciom odmawiamy tego prawa? „nie mam czasu, stoi kolejka”, „po co ma się denerwować wcześniej, jedno ukłucie, przytrzymam, zagadam i po wszystkim”. Czas mamy, możemy przygotować dziecko dzień wcześniej, dwa dni, ile trzeba, opowiadać jak będzie to wyglądało, mówić prawdę o bólu, pokazywać sens tego zabiegu. Mówić, tłumaczyć i od nowa, aż do skutku. Często dziecko i tak potem w przychodni protestuje, ale teraz, naprawdę, dla jego dobra, możemy je przytrzymać. Dziecko ma poczucie bezpieczeństwa, wie że rodzic go nie okłamie, że uprzedzi przed sytuacjami trudnymi, że je szanuje. Buduje się u dziecka poczucie prawa do prawdy, prawa do informacji, prawa do zrozumienia.
  • Ferie zimowe i wakacje – to sytuacje w których wydaje nam się, że wiemy lepiej jakie są dziecka preferencje. Więc przypominam, nie wiemy. Ale może się zdarzyć tak, że w takich sytuacjach ujawnia się też u dziecka opór przed nieznanym. Może wystarczy (znów) malucha przygotować na to co go czeka. Pochodzić po brzegu, powoli oswoić z butami narciarskimi, zachęcić do zabawy, pokazać jaką radość można mieć.Któregoś dnia postanowiłam wziąć moją kilkuletnią wówczas córkę, na rowerową wycieczkę. Kupiłam fotelik, wszystko przygotowałam, fotelik zamontowałam, malucha ubrałam, rower wyprowadziłam. Wzięłam ją na ręce, wsadziłam do fotelika a ona w płacz. Zupełnie nie wiedziałam o co chodzi, rozmawiałyśmy o wycieczce, fotelik widziała, sama chciała. Okazało się, że z tej pozycji świat wyglądał inaczej, nie czuła się bezpiecznie. Wystarczyło kilka powolnych rundek za rękę z prowadzonym rowerem, by z nową rzeczywistością się oswoiła i na spacer pojechała. 
  • Rok szkolny i poranek. Małe dziewczynki często mają niezrozumiałe dla nas preferencje ubraniowe. Jeśli mieszczą się w jakiś ramach przyzwoitości i ochrony zdrowia, to po prostu je uszanujmy. Jeśli nie, bo np. drugich butów nie mamy, bo pada deszcz i tylko kalosze zapewnią zdrowy spacer, po prostu wytłumaczmy o co nam chodzi. Spokojnie, rzeczowo i wielokrotnie. Jak już będziemy pewni, że dziecko wszystko zrozumiało, ale nadal nie chce kaloszy włożyć, możemy …. i tu miejsce na pomysłowość rodziców i tolerancje na ryzyko :). Możemy malucha puścić w tenisówkach, które przemokną i nabawią go kataru, możemy zrezygnować z wyjścia (oczywiście ma to sens wtedy gdy wyjście jest atrakcyjne dla dziecka) itp. Ubieranie na siłę, proponuję raz na zawsze odpuścić.  W takich sytuacjach mamy jeszcze jeden problem, o którym warto wspomnieć – pośpiech. Żyjemy dziś bardzo szybko, cierpimy na permanentny brak czasu, ale pewnych rzeczy nie da się przyspieszyć. Poranna toaleta, śniadanie, samodzielne ubranie się to naprawdę zajmuje wiele czasu. Jednocześnie jest to początek dnia, który powinien być miłym jego rozpoczęciem, dać energię i uśmiech, jest to także czas spędzony wspólnie z najbliższymi (następne spotkanie dopiero za kilka godzin), jest to także czas na poznanie i wyćwiczenie wielu umiejętności (uświadomienie sobie płynącego czasu, mycie zębów, przygotowywanie, wybieranie i jedzenie posiłków, dobieranie i zakładanie ubrań, przewidywanie i dostosowanie ich do warunków atmosferycznych – poznawanie pogody) itp. To naprawdę ważny moment, skrócenie czasu spania nawet o 30-40 minut da dużo mniejszy uszczerbek na zdrowiu i samopoczuciu dziecka niż zysk jaki może mieć z udanego poranka.

 

Uff, teraz chwila oddechu. Dziecko rozwija się w pewnym kontekście, w sumie różnych sytuacji i zdarzeń. Pojedyncze zdarzenia, osoby nie muszą o niczym przesądzać. Czasami dzieci potrafią czerpać siłę i mądrość ze źródeł, o których nie mamy pojęcia. A my? My jesteśmy tylko … i aż … ludźmi. Ze swoimi jasnymi i ciemnymi stronami. Mamy swoje słabości, lepsze i gorsze dni. Dzieci też powinny to zobaczyć, bo tak wygląda prawdziwe życie. Tym tekstem, chciałam Państwa nakłonić do chwili refleksji, do bardziej uważnego rodzicielstwa.

Tych, którzy zechcą zmiany wprowadzać, uprzedzam: łatwo nie będzie. To proces, długi, mozolny, pełen potknięć, sukcesów i porażek. Zmian nie da się wprowadzić na 100%, a dzieci przez dłuższy czas będą działały i tak „po staremu” (potrzebują czasu by uwierzyć w zmianę). Zalecam spokój i dużą tolerancję dla swoich błędów i poczynań dzieci.

Życzę wszystkim powodzenia a tych, którzy chcieliby doświadczyć wsparcia w swojej drodze, zapraszam do kontaktu